#KorpoGPS: Zmiana dla opornych

Czy kiedyś jest za późno na realizowanie pasji, zmianę zawodu, na zarabianie na tym, co rzeczywiście sprawia nam frajdę? Ponoć nigdy. Bo jak się marzy, to się w końcu wymarzy. Problem polega na tym, że prawdziwymi marzycielami jest niewielu z nas. Bo marzenie to codzienne wychodzenie ze strefy komfortu, to boksowanie się ze wszystkimi o obronę tego, co nam wydaje się warte grzechu, a innym tylko naszą fanaberią. To próbowanie rzeczy, które nie zawsze są bezowym tortem, a częściej indonezyjskim arbuzem polanym sosem rybnym, który – zanim się przyzwyczaimy do smaku – większość z nas wypluje.

Kiedy rok temu postanowiłam odejść z korporacji po 15 latach tzw. kariery marzeń, wiedziałam 3 rzeczy. Że nie będzie łatwo, że wszyscy dookoła pomyślą, że zwariowałam (bo po co psuć sobie karierę), i że w tych swoich marzeniach będę sama. Wiedziałam też, że marzą mi się rzeczy, które dla większości ludzi są abstrakcją: praca 2 dni w tygodniu za pensję dyrektora komunikacji i HR międzynarodowej spółki, poświęcanie mojej uwagi tym ludziom, którym chcę ją poświęcać i możliwość wybierania sobie tych klientów, którzy też czują, że powinniśmy razem pracować.

Skok na główkę

Kiedy na szkoleniach dla młodych menedżerów opowiadam tę historię, zawsze rozmowa koncentruje się na dwóch tematach: jak się do zmiany przygotować i kiedy wiadomo, że można skoczyć na główkę. Na drugie pytanie nie ma odpowiedzi. Każdy jest gotowy wtedy, kiedy nachodzi go odwaga na zamknięcie oczu i skoczenie. Sam skok to jednak niekiedy lata przygotowań – kończenie dodatkowych studiów, czytanie po nocach, kręcenie się wokół ludzi i tematów, które nas interesują. Przykład mój i wielu moich klientów, pokazuje, że jeśli koncentrujemy się na czymś, co sprawia nam frajdę dostatecznie długo, to tylko kwestia czasu, żeby zacząć na tym zarabiać.

Większość ludzi chciałaby jednak odwrotnie. Zarabiać bez pasji, czasem nawet z zarabiania zrobić pasję. Pewnie jest to możliwe, nie znam jednak nikogo, kto by w tym wytrwał. Największym problemem w podjęciu decyzji o zmianie pracy jest zawsze uświadomienie sobie, co chcielibyśmy robić (żeby np. nie pracować w korporacji od 9.00 do 17.00).

Doprecyzowanie marzeń prywatnych i zawodowych to czasem wyzwanie na lata. Od czego zacząć? Lubię zbierać na kartce wszystkie talenty mojego klienta i wspólnie z nim zastanawiać się, które sprawiają mu frajdę. Bo od pasji i frajdy już tylko krok do sensownego planu na siebie i oderwania się od tego, co nas uwiera.


ARTYKUŁ POCHODZI Z CYKLU #KORPOGPS. TU ZNAJDZIESZ POZOSTAŁE TEKSTY:


Dla innych nasze zmiany wyglądają różowo, tylko jak uda nam się odnieść sukces. O porażkach w tzw. międzyczasie, z reguły się nie mówi. A szkoda, bo większość ludzi, którzy coś osiągnęli miało bezsenne noce, zastanawiało się, jak spłaci kredyt, utrzyma rodzinę, płakało i wściekało się na samych siebie. Zastanawiało się, czy nie zwariowali, czy nie powinni być bardziej odpowiedzialni, czy nie zawiodą tych, na którym im najbardziej zależy. Dlatego oprócz planu warto ustalić samemu ze sobą zasady, na jakich nasza zmiana ma się opierać. I konsekwentnie ich przestrzegać, bo oszukiwanie samego siebie to najbardziej niedorzeczna rzecz, jaką możemy zrobić.

Moje zasady nie są ani miłe, ani łatwe. Nie mówię o nich każdemu, bo nie każdy jest gotowy na zmianę. I nie każdy chce słuchać. Większość ludzi i tak uważa, że mam szczęście i mi się po prostu udało. Z nimi nie ma co gadać – bo nigdy nie zdecydują się włożyć pracy w swój skok i spełnianie marzeń. 

10 zasad, którymi kieruję się w zmianie:

  1. Nie słucham nikogo, kto mówi mi, że się nie uda, bo „przecież udaje się 1%”. Wychodzę z założenia, że jestem w tym jednym procencie.
  2. Sprawdzam, czy dana osoba/ projekt/ propozycja przybliża mnie do realizacji mojego celu. Jeśli nie – dziękuję. Szkoda czasu na rzeczy i ludzi, którzy się o nas nie martwią i nas nie wspierają. Ten czas mogę poświęcić np. na nicnierobienie, bo wtedy przychodzi mi do głowy najwięcej kreatywnych pomysłów na szkolenia, posty i artykuły.
  3. Jestem elastyczna i uważna, bo w momencie ponoszenia porażek, (a porażka zdarza się średnio raz na tydzień) pozwala mi to szybko weryfikować mój plan i nie poturbować się jeszcze więcej. Patrzę co działa i co nie działa. Nie przywiązuję się do swoich „genialnych” pomysłów. Zastanawiam się, dlaczego ktoś mnie źle zrozumiał i następnym razem mówię/ piszę tak, żeby zrozumiał mnie dobrze.
  4. Nie tracę czasu na ludzi, którzy nic nie wnoszą do mojego życia. Podziękowałam ludziom, którzy chcą mnie wykorzystać: za mało zapłacić, nie zapłacić, nie podziękować za to, że dzięki naszej relacji ich życie ruszyło do przodu.
  5. Pomagam tym, którzy chcą się rozwijać – bo każdy, kto chce ruszyć z miejsca już wyszedł ze strefy komfortu i warto mu podać rękę, żeby pofrunął jak najwyżej. W pracy trenera satysfakcję mierzę ilością sukcesów moich klientów.
  6. Kiedy widzę, że coś mi nie wychodzi – ustalam sama ze sobą do kiedy ma wyjść. Jeśli nie wyjdzie do tej daty, po prostu rezygnuję i koncentruję się na nowym pomyśle. Gdybym podliczyła energię, którą bez sensu poświęcałam na porażki, po to tylko, by na siłę zrobić z nich sukcesy, wystarczyłoby na małą elektrownię.
  7. Pamiętam, że nie ma nic stałego – dlatego nie cieszę się za bardzo sukcesami i za bardzo nie martwię porażkami. Równowaga przydaje się bardzo, zwłaszcza wtedy, kiedy dużo się dzieje. Każdy, kto odnosił sukcesy wie, że nierzadko jest po nich bardziej zmęczony niż po porażkach.
  8. Jestem otwarta i autentyczna – kiedy inni widzą kim jestem, i co mogę im dać, albo to czują, albo nie. Chcą ze mną pracować lub nie. Tak jak nikogo nie zmusimy, żeby nas kochał, tak lepiej się pracuje z kimś, kto widzi w nas wartość.
  9. Prowadzę moje media społecznościowe tak, jak czuję. Jeśli komuś się nie podoba to co piszę, proszę go, żeby przestał mnie obserwować. Jeśli mnie irytuje, albo treści, które ta osoba publikuje na moim kanale posuwają dyskusję w złą stronę i gadanie dla samego gadania – po prostu przestaję ją obserwować.   
  10. Kiedy czuję, że już nie daję rady i potrzebuję wsparcia korzystam z wiedzy i intuicji dwóch ważnych dla mnie osób – mojego męża i mojego mentora. Jeden i drugi potrafią mnie skutecznie wesprzeć i przeanalizować, dlaczego coś uważam za słuszne bądź nie. Piękno tych relacji polega na tym, że zawsze znajdujemy kilka nowych wyjść z sytuacji. A to, co wydaje się na pierwszy rzut oka beznadziejne, przynosi rezultaty szybciej niż się można spodziewać.

Film o sobie samym

Jest takie jedno ćwiczenie, które pozwala nam zorientować się, czy w ogóle zmiany potrzebujemy. Chcielibyście obejrzeć film o własnym życiu? Czy kiedykolwiek odpowiedzieliście sobie na pytanie, czy żyjecie według scenariusza, który nie pozwala Wam wyjść do toalety, bo nie chcecie przegapić ani jednej minuty ze swojego filmu?

W wypadku większości z nas to, czego brakuje w naszym filmie ma związek z dążeniami. Albo ich nie mamy, albo są tak zwyczajne, że widzowie oglądający o nas film z nudów zaczęliby gryźć krzesła. Po części wynika to z naszego tchórzostwa i niechęci wychodzenia ze strefy komfortu (znam nawet ludzi, którzy boją się wyjść ze strefy dyskomfortu). Po części z tego, że robimy tak, jak inni.

W młodości myślimy, że najważniejsza jest świetna zabawa, zarabianie pieniędzy i zdobycie najpiękniejszej dziewczyny albo najlepiej rokującego chłopaka. Dążymy do sukcesu według konwencjonalnych miar. Większość z nas na tym etapie przestaje się starać i resztę życia dryfuje: trafiają na jakąś pracę, jakąś dziewczynę czy chłopaka, potem rodzi im się jakieś dziecko. Z konwencjonalnego punktu widzenia odnieśliśmy sukces. Ale jakoś ciągle czujemy, że to tylko dryfowanie. W naszym życiu brakuje pasji, która pozwala marzyć i przekraczać te marzenia.

Są też jednak tacy, którzy ciągle szukają. Pewnego dnia zdają sobie sprawę, że we wszystkim co robią potrzebny jest jakiś sens. Jeśli wystarczająco dużo ze sobą rozmawiają, szybko go znajdują, bo czują, że ich życie powinno do czegoś prowadzić i sami muszą zdecydować do czego. Kiedy to odkryją – inni zazdroszczą im, że nie tylko mają i dostają to co chcą, ale też z odwagą spełniają swoje marzenia. 

U większości z nas zmiany powodują gęsią skórkę. Bo intuicyjnie czujemy, że większość celów trudno osiągnąć, a te łatwe do osiągnięcia są już zajęte. Dlatego, żeby zrobić sobie więcej dobrego niż złego, musimy przezwyciężyć własne uprzedzenia, wady i słabości. A to jest niekiedy jeszcze trudniejsza walka niż boksowanie się z wątpiącym w nas otoczeniem.

Porównanie naszego życia do filmu to trudna lekcja samokrytycyzmu i świetny barometr gotowości na zmiany. Dobra rozmowa z samym sobą pozwala nam zrozumieć, czy nasz scenariusz jest beznadziejny i czy musimy go zmienić. A może jest dobrze tak jak jest i nic nie trzeba zmieniać?

Szkopuł w tym, że prawdziwe życie nie zawsze przypomina film. Tak, jak nie każda zmiana kończy się sukcesem. Dobrzy menedżerowie i ludzie odważni życiowo wiedzą, że sukcesy w zmianie się miewa. Tak samo, jak miewa się wspaniałe zakończenia.

Po zakończeniu filmu są tylko napisy. Po zakończeniu zmiany pojawiają się kolejne okoliczności, wyzwania, kolejna potrzeba zmienienia czegoś. Zawsze też pojawiają się kolejne dylematy, które musimy rozwiązywać i kolejne decyzje, bez których nie pójdziemy dalej. Ten nieustanny kołowrotek bardziej przypomina niekończącą się operę mydlaną niż film fabularny. I tylko od nas zależy, czy jak poczujemy znużenie, będziemy mieli siłę wyłączyć telewizor.